Im bardziej się starasz, tym późniejsze zwycięstwo zyskuje w Twoich oczach, staje się ważniejsze. Czasem trzeba okupić je nie lada wysiłkiem, ogromnym poświęceniem i dużą dawką cierpliwości. Rezygnacją z ulubionych czynności, stopniowo, by nie spłoszyć swojej ludzkiej natury. Smak zwycięstwa przyjemnie łaskocze nasze ego. Jest łykiem spragnionego i umęczonego człowieka. Tym człowiekiem jest każdy, kto stawia przed sobą cel, może nie do końca wierzy w jego osiągnięcie, ale nie opuszcza go nadzieja i siła walki, wraz z potężną ambicją. Wiele wyrzeczeń, wyczulone sumienie na każde odstępstwo, które oddala od upragnionego celu. Nie należy się poddawać, mimo przeciwności. Masz szansę pokazać wszystkim, jak bardzo się mylili, a także tym, którzy w Ciebie nie wierzyli, a podziękować osobom, które wspierały. Nie wiem, co bym bez Was zrobiła. Wy wiecie, do kogo kieruję te słowa, bo jesteście mądre ludki. Dziękuję prosto i z serca!
Jest pewna ważna osoba, która idzie drogą wyrzeczeń, czyta nie do końca ciekawe materiały, jest blisko celu. W zasadzie już go osiągnęła. Jest w finale Olimpiady Teologii Katolickiej, który odbędzie się 4 - 6 kwietnia w Legnicy. Pamiętaj, że bez względu na zajęte miejsce, Ty już wygrałeś! Kiedy ja byłam na finale w 2011 roku, pomyślałam sobie, że to zaszczyt być wśród tylu finalistów!
Piękne chwile, wczoraj trochę zebrało mi się na wspomnienia, gdy nie mogłam zasnąć. Podobnie w Krakowie! Emocje brały górę, nie mogłam zmrużyć oka. Źle spałam w hotelowym pokoju, zastanawiając się, ile godzin do rana. Dzień zaczął się szybko, ale nie będę wdawać się w szczegóły. Wydarzyło się wiele, jest co wspominać, a napiszę o tym, co śmiesznego mnie tam spotkało.
Kawiarnia. My trzy i starszy ksiądz. Siedzimy i pijemy gorącą czekoladę, na którą zaprosił nas przezabawny ksiądz Wojtek. Gdy zbliżała się pora opuszczenia ciepłego i przytulnego miejsca, ksiądz ponaglił nas tymi słowami:
- Pijcie córeczki, pijcie!
Jechaliśmy tramwajem na obiad do seminarium. Mieliśmy wysiąść przy Łagiewnikach, ale nikt nam nie powiedział, gdzie dokładnie. Nie znałam tam wielu osób, a tramwaj był przepełniony młodzieżą. Całą podróż obserwowałam młodego (i przystojnego) księdza. W pewnym momencie zauważyłam, że go nie ma, młodzież zaczęła wysiadać. To też wysiadłam razem z koleżanką. Szłyśmy przez chwilę za młodzieżą, myśląc, że to nasza grupa. Ale oni poszli na PKS, my się wróciłyśmy. Zgubiłyśmy się, a dobry humor nas nie opuszczał. Nic nie jednoczy bardziej niż wspólne szukanie drogi do punktu, w którym musiałyśmy się znaleźć. Śmiechom nie było końca, mnie to nawet bawiło, koleżankę widocznie też, bo pierwszy raz zaniosła się śmiechem dopiero, gdy się zgubiłyśmy. Ksiądz do mnie dzwonił na komórkę, a ja miałam przełożone karty sim! Ubaw, dopiero później sobie o tym przypomniałam. Gdy już się odnaleźliśmy, ksiądz nawet nie był na nas zły, że spóźniłyśmy się dobre pół godziny. Nikomu uśmiechy nie schodziły z twarzy.
Piątkowy obiad. Podano makaron z sosem. Pamiętam, jak katecheta siedzący na przeciwko mnie przy stole, zaczął narzekać, że nie ma ryby. Rozmawialiśmy dość długo, a gdy już wszyscy zjedli, powtórzyli wyniki z etapu pisemnego. Gdy się zarumieniłam, słysząc swoje nazwisko, ów katecheta skomentował to tak, że od razu nabrałam kolorków.
Jestem pewna (tak, zdecydowanie!), że sporo osób kojarzyło mnie z jeżdżenia windą. Jeździłam wtedy do koleżanki, od koleżanki i z koleżanką. Śmiałyśmy się do rozpuku!
Było po prostu super. Ksiądz, który mnie uczył w liceum, często słał esemesy, pytał o samopoczucie, zapewniał o modlitwie, żartował, pocieszał i zwyczajnie interesował się tym, co się akurat dzieje, gdzie jestem i co robię. Sam w tym czasie miał turniej piłki halowej, a nie przeszkodziło mu to, żeby się ze mną kontaktować. To było bardzo miłe. Pewnego dnia, po etapie pisemnym, gdy pierwszy raz wyniki zostały ogłoszone w kaplicy, oniemiałam. Najpierw poinformowali, jakie diecezje zajęły miejsca. Moja diecezja pierwsze! Aaa, czyli któraś z nas uplasowała się w dziesiątce szczęśliwców do etapu ustnego. Od razu wysłałam ememesa, wiadomo komu i w pierwszej kolejności jemu. Zaznaczyłam w nim, że nie chcę rozmawiać przez telefon, bo w autokarze będzie dużo ludzi i że po prostu nie chcę rozmawiać przy nich. A ksiądz co? Oczywiście zadzwonił! :)
Dowiedziałam się wtedy, że grali w piłkę halową. Później zapomniałam, w jakim sporcie się realizuje ksiądz, więc wysłałam esemesa z pytaniem, w co grali. Uzyskałam fachową odpowiedź: "w piłkę halową, czyli w piłkę nożną na sali". Ach, ksiądz pomyślał, że nie wiem, co to. ;)
Jeszcze wtedy dzwoniła do mnie mama, a obok mnie siedział ojciec, który miał potworny kaszel. Rodzicielka dopytywała, kto tak kaszle i czy to nie ja. Nie wystarczały jej moje zapewnienia, że nie mnie choroba rozkłada, a tak bardzo niezręcznie było mi powiedzieć, że ojciec, który siedzi obok! I nie powiedziałam, a mama mi chyba nie uwierzyła, że jestem zdrowa.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz