Cudownie przyjść 30 minut wcześniej na zajęcia, bo myśleć, że zaczynają się owe 30 minut wcześniej... Poszłam więc do sklepu spożywczego.
- Co podać? - rzecze wąsaty pan.
- Jeszcze się zastanawiam - mówię i myślę: On tu nie ma nic na słono? Nic oprócz paluszków i chipsów? Ooo, są pizzerki, ale z pieczarkami... - Która z tych bułek słodkich jest najmniej słodka?
- Ta z jabłkami nie jest taka słodka i ten pączek z jabłkami
Facet, nie wierzę ci. Pączek ma lukier przecież.
- Ok, to poproszę bułkę z jabłkami.
- Coś do napitki?
- Słucham? Aaa, nie, nie, dziękuję.
Wtem odzywa się Gosia z przełomowym żartem dnia:
- Zgódź się.
*
Zaiste, wczoraj rozjechałby mnie samochód na chodniku, a dzisiaj rowerzysta.
Wczoraj stałam na chodniku i zapisywałam w notesie niezbędne informacje do wykonania późniejszej inwentaryzacji urbanistycznej. Czułam się tam bezpieczna, skoro samochody jeżdżą po ulicach, a nie po chodnikach. Prawda? Jakaś kobieta postanowiła zawrócić, wjeżdżając na chodnik (a był dość szeroki), jadąc prosto na mnie! Stoję, patrzę i NIE WIERZĘ! Zrobiłam krok w tył. Tuż przed moim butem zakręciła. Nie zatrąbiła, nie machnęła ręką, nic. Po prostu zawracała...
Dzisiaj, wracając z zajęć, oczywiście idąc CHODNIKIEM, niczego nie świadoma, nagle zostałam pociągnięta przez Gosię na jej stronę. Moja mina pewnie wyrażała mniej więcej tyle, co "???!!!!". Okazało się, że dosłownie z 20 cm za mną był rowerzysta.
Strony
poniedziałek, 28 października 2013
czwartek, 24 października 2013
Uśmiech jest piękny
Magister na wykładzie z ochrony środowiska kulturowego rzecze:
- Czy rozpoznają państwo ten odrestaurowany budynek w Łodzi? - i celuje palcem w zdjęcie wyświetlane z rzutnika.
Cisza.
Magister pod nosem:
- Tego się można było spodziewać...
Skoro większość jest z poza Łodzi...
*
Planowanie przestrzenne. Jakże nudne opowieści o składaniu wniosków przed realizacją planu miejscowego. Ćwiczenia o tak późnej porze, jaką jest przedział godzin 16:45 - 18.20 nie sprzyjają koncentracji. Siedzę (plus, że na wygodnym krześle), podpieram głowę ręką i łapię kontakt wzrokowy z panią doktor (aż dziwne, że tak często patrzy w moje oczy - ciekawe co w nich widzi?). Dostrzegam wielką czarną muchę chodzącą po jej kremowej marynarce. Wymieniam liścik z Gosią, która dopiero teraz zauważa tego stworka przyczepionego do ubrania dostojnej pani doktor, lat 30+. Jak wybuchnęłyśmy śmiechem, tak spojrzała na nas owa kobieta i kontynuowała swoje bajki o tym, jak wyprowadzić nas na ludzi (czyt. jak każdy bez wyjątku powinien umieć napisać wniosek w sprawie, chociażby - działki ewidencyjnej, gdyby narodziła się potrzeba wprowadzenia nowego ładu przestrzennego). Wtem, niespodziewanie się wzdrygnęła i prawie krzyknęła:
- Mucha po mnie chodziła, po twarzy!
- Czy rozpoznają państwo ten odrestaurowany budynek w Łodzi? - i celuje palcem w zdjęcie wyświetlane z rzutnika.
Cisza.
Magister pod nosem:
- Tego się można było spodziewać...
Skoro większość jest z poza Łodzi...
*
Planowanie przestrzenne. Jakże nudne opowieści o składaniu wniosków przed realizacją planu miejscowego. Ćwiczenia o tak późnej porze, jaką jest przedział godzin 16:45 - 18.20 nie sprzyjają koncentracji. Siedzę (plus, że na wygodnym krześle), podpieram głowę ręką i łapię kontakt wzrokowy z panią doktor (aż dziwne, że tak często patrzy w moje oczy - ciekawe co w nich widzi?). Dostrzegam wielką czarną muchę chodzącą po jej kremowej marynarce. Wymieniam liścik z Gosią, która dopiero teraz zauważa tego stworka przyczepionego do ubrania dostojnej pani doktor, lat 30+. Jak wybuchnęłyśmy śmiechem, tak spojrzała na nas owa kobieta i kontynuowała swoje bajki o tym, jak wyprowadzić nas na ludzi (czyt. jak każdy bez wyjątku powinien umieć napisać wniosek w sprawie, chociażby - działki ewidencyjnej, gdyby narodziła się potrzeba wprowadzenia nowego ładu przestrzennego). Wtem, niespodziewanie się wzdrygnęła i prawie krzyknęła:
- Mucha po mnie chodziła, po twarzy!
sobota, 12 października 2013
Pierwsze poranne pranie w akademiku - zaliczone. Drepczę z miską, pytam w recepcji o klucz do pralni. Kobietka myśli, myśli i stwierdza, że nie ma i chyba ktoś jest w pralni. Okej, kieruję się więc w stronę piwnic. Mijam chłopaka niosącego torbę tyle co upranych ubrań, który radośnie woła "czeeeść", choć go nie znam. Po czym zatrzymuje się przede mną, ceremonialnie wyciąga kluczyk z kieszeni i... zaczyna się ze mną droczyć: "Dam ci klucz, jak przybijesz mi piąteczkę!".
Subskrybuj:
Posty (Atom)