Strony

wtorek, 18 października 2016

29 września

Myślę, co napisać. Nie jest łatwo, bo nie wiem, od czego zacząć. Czy od miliona spraw, które pozostały do załatwienia? Nie, ich nie warto wymieniać. Od strachu i koszmarów? Chyba też nie. A od czego?

29 września całe popołudnie i wieczór spędziłam sama w domu. Oglądałam telewizję, youtube'a, robiłam obiad na następny dzień. Parzyłam melisę i piłam ją zamiast herbaty. Mówią, że pomaga. Mówią też, że czas leczy rany. Nie jestem przekonana...

Cały ten dzień nie mogłam znaleźć sobie miejsca. Próbowałam zająć się różnymi rzeczami - z dość marnym skutkiem. Nie umiem wytłumaczyć, dlaczego, ale czułam wewnętrzny niepokój. Piłam melisy, żeby się uspokoić. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego się denerwuję. Czułam się nieswojo, a później bałam się, choć nie wiedziałam, co jest tego powodem. Mogłam się tylko domyślać, ale wiele razy zastanawiałam się czy tata jeszcze żyje, jak był w ciągu alkoholowym. I zawsze okazywało się, że spada na cztery łapy. Dosłownie i w przenośni.

Nie wiem, na ile to istotne i ile wniesie do całości, ale podczas tego popołudnia miałam jedną dziwną sytuację. Leżałam na łóżku w swoim pokoju, twarzą skierowaną w stronę drzwi. Trzymałam w ręce telefon, bo oglądałam na nim filmiki na yt i nie potrafię wytłumaczyć, czemu, ale w pewnej chwili... nagle... spojrzałam na drzwi i zawiesiłam na nich wzrok. Poczułam się jeszcze bardziej nieswojo, ale uspokajając się słowami, że przecież nic się nie dzieje, wróciłam do oglądania. Za jakiś czas szłam do łazienki i bardzo się bałam. To takie uczucie, że boisz się, choć nie wiesz, dlaczego. Bije ci serce szybciej niż normalnie i nie możesz tego opanować. Siebie opanować, swoich nerwów, które jakby na złość tobie postanowiły cię dręczyć. A przecież nic się nie dzieje...

Przyszła mama. Chciała iść do taty. Był w mieszkaniu obok. Odciągałam ją od tego pomysłu, mówiąc, że przecież już wiele razy była cisza i okazywało się, że wszystko w porządku. Jeśli można tak to ująć... Bałam się jeszcze bardziej, gdy powiedziała, że tam idzie, że przecież trzeba sprawdzić. Nie poszłam z nią. Bałam się. Zostałam w swoim pokoju z telefonem w ręku. Stałam i czekałam, co usłyszę. Był to głos mamy. Nie brzmiał dobrze. Mówiła do niego przerażona, wołała go. W tym momencie stałam już na korytarzu. Zdecydowałam się tam wejść. Po chwili wyciągnęłam mamę za rękę stamtąd. Przyszłyśmy do mieszkania. Czułam, że się trzęsę. 

Wykonałam telefon pod 112. Wiedziałam, że jeszcze moment muszę się trzymać. Pani spisała wszystkie dane i choć powiedziałam na samym początku, że znalazłyśmy tatę... że nie żyje..., to później jeszcze zapytała, czy żyje... Poczułam się odpowiedzialna za to, co mówię i wykrzyczałam jej, że nie wiem... Czułam się bezsilna i sfrustrowana tym pytaniem... Kazała sprawdzić. Czy się klatka piersiowa unosi. Poszłam tam, z telefonem przy uchu, stanęłam nad ciałem i patrzyłam. Oczywiste, że nic się nie ruszało... 

Jak byłam dzieckiem i zabrano mnie na pogrzeb dziadka, stałam przy jego otwartej trumnie i na niego patrzyłam. Wydawało mi się wtedy, że jego klatka piersiowa unosi się i opada...

Tata się nie ruszał. Był biały. Nie bez powodu mówi się blady jak śmierć.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz