Strony

poniedziałek, 8 lutego 2010

ANEGDOTY |101-110|

Lekcja polskiego. Koleżanka przekłada długopis w ręce, obraca nim, czasem pstryknie.
- Justyna, co ty robisz? - pyta pani.
- Nic. Bawię się - odpowiada nieco zdezorientowana, po czym powraca do wykonywanej czynności.
Pani spogląda znacząco ze zdziwieniem wymalowanym na twarzy.
- Justyna... Jak to się bawisz?
 
Polonistka wchodzi do klasy z herbatą. Kładzie swoją zieloną teczkę na ławce, rzuca klucze, wreszcie - pije herbatę...
- Feee! Jaką pani X (nazwisko) lurę zrobiła... Jak można to pić...

 Historia. Słuchamy o początku II wojny światowej:
-... Granice nie były strzeżone, jednak Niemcy nie mogli iść dalej, bo był generał... no kto? - pani rzuca zagadnienie do klasy.
- Mróz - odpowiada Ola.                       
- Tak, był generał mróz i jaki jeszcze?
- Zima - dopowiada ktoś inny.
- E tam, generał błoto.
Kasia do mnie:     
- No, to wynika z logicznej całości...
Kiwam głową i zapisuję w zeszycie: 
’’Generał Mróz i generał Błoto’’.
Kasia spogląda do mojego zeszytu i wpada w śmiech.
- Chodzi po prostu o mróz i błoto! - szepcze.
- Niee! Pani mówiła, że generał...  
I właśnie w tym momencie słyszę: ’’ To właśnie przez mróz i błoto Niemcy mieli trudności z przejściem przez granicę Rosji Radzieckiej...’’  

Podobna sytuacja. Historyczka monologuje:
- ... zaprosił ich na kurację...
Wszyscy piszą, a przerażona nauczycielka:
- Ale wy chyba tak nie piszecie?! On ich po prostu pozabijał!
Nasza historia to była dopiero historia. 

 Polski. Oskar powiedział coś pod nosem. Nauczycielka w odwecie mówi:
- Ja też to pierdykam!
- Ale ja nic takiego nie mówiłem! - broni się Oskar.
- To co powiedziałeś?
- Nie pamiętam... ale nie to!

 Podczas języka polskiego do klasy wchodzi pani pedagog (uczy WOSu), by coś ogłosić. Polonistka, pełna oburzenia, gdyż wcześniej w klasie obok rozjechała się (dosłownie) ławka, pyta p. pedagog:
- Dlaczego wywołuje się agresja?!
- Ale w kim? W uczniach? Nauczycielach?
- We mnie!!!

 Omawiamy „Stowarzyszenie umarłych poetów" i postać Keatinga. Polonistka:
-Wy wiecie, jaka ja byłam, jak pracę zaczynałam? Mówiono o mnie, że jestem jak „do rany przyłóż"... A teraz... Co szkoła ze mną zrobiła?!

 Jakieś ćwiczenia na polskim.
- Następna partykuła... (?). Ma ktoś już zdanie? Robert? - ponagla pani.
- Chyba cię nie lubię - odpowiada, nie przeczuwając skutku swych słów.
- Z wzajemnością, ale zdanie dobre. A jaka była kolejna? Może? To może cię polubię kiedyś.

 Podczas omawiania drzewa genealogicznego trzeba było opowiedzieć min.dwie historie swojego rodu. Właśnie mówił Mateusz. Polonistka:     
- To już wszystkie historie? 
- No tak. 
- A gdzie ty mieszkałeś?     
- W Pensylwanii.        
- A jaki tam jest klimat?   
- Taki sam jak tutaj.    
- A drogi jakie?        
-  Ładne.
- Równe?
- Tak.     
- I to była najlepsza historia, jaką do tej pory usłyszałam.

Kupując strój galowy (widmo egzaminów). W sklepie:   
- Ta spódnica jest za ciasna. Ma pan większy rozmiar?
- Ale co też pani... Dobra jest. Gdzie tam za ciasna...
- A jednak. Strasznie ciśnie.              
- Niech pani robi ze mną przysiady.      
- ?!

 - Dziwić się, że nic nie widzę, jak mam tak popalcowane okulary - mówi, po czym ściąga je i przeciera.          
- Czemu? - pytam.
- Bo Kacper mnie przytulał.
- Po oczach?!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz